Co obejrzeć w Święta Bożego Narodzenia? 7 filmów, które warto obejrzeć w Święta

bombki na choince

Już po wieczerzy, wszyscy podzielili się opłatkiem, pośpiewali kolędy, nacieszyli się prezentami. I co dalej? Może seans filmowy? Nie udawajmy, że nie lubimy usiąść przed telewizorem i razem czerpać przyjemności z filmu — zwłaszcza jeśli ma on prawdziwie bożonarodzeniową atmosferę. Poniżej znajdziesz siedem tytułów, które wypełnią wieczór ciepłem, humorem lub nostalgią, w zależności od nastroju domowników.

Kevin sam w domu — komedyjny klasyk, który Polacy znają na pamięć

Miejmy to już za sobą. Inaczej, czytając tę listę, ciągle byście się tylko zastanawiali: „Będzie tu ten Kevin, czy nie będzie?”.

Święta bez Kevina to nie Święta. Może zabraknąć barszczu, choinki i prezentów, ale jeśli jest Kevin w telewizji, to świąteczny nastrój uratowany. A że na obecność Kevina w bożonarodzeniowym programie telewizyjnym można stawiać każde pieniądze, to nie ma obawy.

„Kevin sam w domu” to dla nas już właściwie tradycja. Znamy na pamięć, a i tak oglądamy. Aczkolwiek ulubiony świąteczny film Polaków ma też rosnące grono przeciwników, którym już dawno się przejadł, a coroczne powtórki wywołują u nich mdłości. Mam nawet wrażenie, że te niekończące się emisje w okresie świątecznym w pewnym sensie filmowi zaszkodziły, bo wielu ma go teraz po dziurki w nosie. A tymczasem to kawał naprawdę dobrego kina, pełnego wdzięku i niezłego humoru.

No i sam Kevin to postać, której trudno nie lubić. Możecie mówić, że mały sadysta, ale chłopak broni swojego domu, więc dajcie mu spokój. Tutaj zresztą jego pułapki są jeszcze dość niewinne. To dopiero w drugiej części puszczają mu hamulce, a on bez skrupułów rzuca w ludzi cegłami i pieści ich prądem.

Narodzenie — przypomnienie religijnych korzeni Świąt

Boże Narodzenie zostało okrutnie skomercjalizowane — i to jest fakt. A wraz z tą komercjalizacją postępuje pewnego rodzaju zeświecczenie tej tradycji. Pomyślałem więc, że na liście przyda się dla równowagi chociaż jeden stricte religijny film o narodzinach Jezusa. Bo kiedy porwie nas wir tych innych filmów, pełnych choinek, prezentów, reniferów, elfów i Świętych Mikołajów w strojach krasnali, łatwo można zapomnieć, co tak właściwie świętujemy.

Tak więc dla przypomnienia, jakiego to zdarzenia pamiątkę obchodzimy co roku, proponuję zobaczyć ten film z roku 2006. Sam w sobie nie jest może jakimś wielkim dziełem — to po prostu sprawne przeniesienie na ekran odpowiednich fragmentów Nowego Testamentu. Ale na pewno warto zwrócić uwagę na piękne krajobrazy i scenografię.

Na zachętę dodam, że w Marię wciela się Keisha Castle-Hughes, nominowana do Oscara za rolę w „Jeźdźcu wielorybów”. Jej delikatna, ale przekonująca gra dodaje głębi biblijnej opowieści i sprawia, że historia zyskuje ludzki, emocjonalny wymiar.

Grinch: Świąt nie będzie — rodzinna rozrywka z morałem

Historia gburowatego Grincha, który nie cierpi Bożego Narodzenia i postanawia ukraść Święta, to film, który powinien przypaść do gustu i małym i dużym. Zwłaszcza, że mówi o tym, o czym czasem zdarza nam się zapominać — że o istocie Świąt nie stanowi choinka, prezenty i cały ten sztafaż. We wspólnym świętowaniu chodzi o bliskość, ciepło i miłość. Urocze, prawda?

Hej, a jeśli nie lubicie takich ckliwych morałów, to zawsze możecie po prostu popatrzeć, jak Jim Carrey w fantazyjnej charakteryzacji robi pięćset grymasów na minutę! Chyba warto?

Film łączy w sobie elementy, które działają na wielu poziomach:

  • komedia fizyczna — Carrey w pełnej krasie,
  • lekcja empatii — nawet najbardziej zatwardziały gbur może się zmienić,
  • kolorowa scenografia — Ktosiowo (Whoville) to wizualny feast,
  • muzyka — niezapomniane piosenki, które utkwią w głowie na długo.

To właśnie miłość — komedia romantyczna z brytyjskim pazurem

Ach, te komedie romantyczne w świątecznych klimatach! Jak tu ich nie lubić? Dla niektórych ładunek ckliwości i sentymentalizmu może być wprawdzie nie do przyjęcia. No bo jakże to tak? Boże Narodzenie jest słodkie i miłość jest słodka. Jak się połączy jedno z drugim, poziom cukru wychodzi poza skalę!

Ale „To właśnie miłość” nie stanowi takiego zagrożenia. Tu wszelka czułostkowość jest neutralizowana z pomocą ciętego, brytyjskiego humoru. Wszystkie osadzone w świątecznym klimacie romantyczne wątki są na niezłym poziomie. No i ta obsada! Hugh Grant, Colin Firth, Emma Thompson… No wiecie, wszyscy ci brytyjscy aktorzy, których tak lubicie! Tak, znalazło się nawet miejsce dla Jasia Fasoli.

I zanim mi tu ktoś wyskoczy z „Listami do M.” — tak, pomysł wyjściowy „Listów…” jest zrzynką z „To właśnie miłość”. I nie, nasza wersja nie jest lepsza. Brytyjski film deklasuje ją z palcem w nosie.

Warto zwrócić uwagę na szczegóły:

  • dziesięć przeplatających się historii — każda z innym akcentem emocjonalnym,
  • autentyczne dialogi — nie brzmiące jak z podręcznika romansu,
  • londyńska atmosfera — grudniowe ulice, iluminacje, świąteczny rush,
  • soundtrack — mieszanka klasycznych kolęd i współczesnych przebojów.

Holiday — zamiana domami i uczuć

Skoro już jesteśmy w klimatach romantyczno-świątecznych, to można też od razu polecić „Holiday”, czemu nie? Ma podobny, ciepły nastrój, no i niemniej lubianych aktorów, takich jak Kate Winslet, Jude Law i Cameron Diaz.

Film opowiada o dwóch kobietach, które — zmęczone nieudanymi związkami — postanawiają zamienić się domami na święta. Amanda z Los Angeles ląduje w sennej angielskiej wiosce, a Iris z Surrey przenosi się do słonecznej Kalifornii. Obie odkrywają, że zmiana otoczenia potrafi wywrócić życie do góry nogami — i to w dobrym sensie.

Co wyróżnia „Holiday” na tle innych komedii romantycznych:

  • dojrzałe postaci — bohaterki mają po trzydziestce, bagaż życiowy i prawdziwe problemy,
  • chemia aktorska — zwłaszcza między Winslet a Jackiem Blackiem,
  • równowaga emocjonalna — film nie pogrąża się w sentymentalizmie, zachowując lekkość,
  • piękne ujęcia — kontrast między śnieżną Surrey a słonecznym LA działa wizualnie.

Obiecuję, to była ostatnia komedia romantyczna na tej liście.

W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju — kultowy chaos rodziny Griswoldów

Ciekawostka krajoznawcza: tak jak u nas statusem kultowego filmu świątecznego cieszy się „Kevin…”, tak w Stanach ludzie sobie nie wyobrażają Świąt bez „Witaj Święty Mikołaju”. Kto wie dlaczego? Może dlatego, że w porównaniu z Gwiazdką pechowej rodziny Griswoldów każde Święta są udane?

Prawda jest taka, że nie wszystko układa się zawsze tak, jak człowiek zaplanował. A film daje nam możliwość zobaczenia, jak wyglądałyby Święta, gdyby wszystko poszło nie tak. I wtedy niejeden z widzów może sobie z ulgą pomyśleć: „No dobrze, wprawdzie przypaliłem wigilijną wieczerzę i nikomu nie spodobały się prezenty, ale aż takiej katastrofy jak na filmie, to u mnie w tym roku nie było”.

Clark Griswold chce zorganizować idealne rodzinne święta — z tradycyjną kolacją, choinką, prezentami i całą rodziną pod jednym dachem. Niestety, każdy element tej wizji zamienia się w absurdalną katastrofę:

  • iluminacje świąteczne — 25 tysięcy lampek i przeciążona instalacja elektryczna,
  • ściętą choinkę — która okazuje się suchsza niż wiór,
  • dziwaczni krewni — zjazd rodziny to recepta na chaos,
  • nieoczekiwane niespodzianki — w tym wiewiórka w salonie i problemy z kanalizacją.

Chevy Chase w roli Clarka to mistrzowska kreacja — jego desperacja i upór, by wszystko było perfekcyjne, stają się źródłem niekończących się gags.

Długi pocałunek na dobranoc — świąteczny akcyjniak z przymrużeniem oka

Czekacie na „Szklaną pułapkę”? Wiem, że czekacie. A figa! Nie tym razem!

Może to dziwne, że w ten rodzinny świąteczny czas, kiedy to na ustach wszystkich są miłość, pokój i tym podobne, lubimy oglądać strzelaniny i wybuchy. Ale taka jest prawda — nie mamy nic przeciwko, żeby obejrzeć dobry akcyjniak rozgrywający się w świątecznych dekoracjach. Dlatego co roku w Boże Narodzenie, jak dzieciaki pójdą już spać po „Kevinie…”, oglądamy Johna McClane’a rozprawiającego się z terrorystami w wieżowcu Nakatomi w Boże Narodzenie.

Ale tym razem proponuję w zastępstwie „Długi pocałunek na dobranoc”. Scenariusz do tego filmu wyszedł spod ręki Shane’a Blacka, który ma jakąś dziwną słabość do świątecznych klimatów (równie dobrze mógłbym stworzyć nową listę: „Filmy Shane’a Blacka, których akcja z niewiadomych przyczyn toczy się akurat podczas Bożego Narodzenia”).

Jest tu dużo świątecznych scenografii, śniegu, strzelanin, wybuchów i luzackich, zabawnych tekstów, a Geena Davis i Samuel L. Jackson wyglądają, jakby bawili się przy tym co najmniej tak dobrze jak widzowie.

Film łączy w sobie elementy, które sprawiają, że to coś więcej niż zwykły kryminał:

  • noir w świątecznym opakowaniu — Los Angeles w grudniu to nie pocztówka, ale zimne miasto pełne tajemnic,
  • femme fatale z amnezją — Geena Davis budzi się bez pamięci i musi dowiedzieć się, kim jest i dlaczego ktoś chce ją zabić,
  • dialogi pełne ironii — typowe dla Shane’a Blacka, ostre i błyskotliwe,
  • akcja bez nudy — tempo nie zwalnia, a każda scena coś wnosi do fabuły.

Jeśli szukacie czegoś, co odbiega od typowych świątecznych klisz, ale wciąż zanurza się w grudniowej aurze, „Długi pocałunek na dobranoc” to strzał w dziesiątkę. To dowód, że filmy bożonarodzeniowe nie muszą być przewidywalne — mogą zaskakiwać, bawić i trzymać w napięciu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.